Partnerzy
Naszym partnerem w realizacji celów statutowych jest Fundacja Wspólna Droga.
|
|
prezentacja 12.11.2009.ppt
Pomóż rodzinom Przygotuj paczkę na Święta Bądź człowiekiem Wejdź na stronę: www.wiosna.org.pl
Aktualności do wolontariatu:
Wolontariat na oddziałach dziecięcych
Wolontariuszami są w głównej mierze uczniowie szkół średnich. Zapraszamy do współpracy pedagogów szkolnych.
Klub pacjenta
Chodzi tutaj o umożliwienie stworzenia miejsca spotkań, także po południu i w weekendy.
Potrzebujesz pomocy? Organizujemy pomoc domową. Rozpoczynamy realizację programu wspieranego finansowo przez Urząd Marszałkowski
Wolontariat biznesowy Misją programu jest pogłębianie dialogu pomiędzy środowiskiem biznesu a sektorem społecznym.
|
|
|
|
Czas szopek się kończy, choć trudno to stwierdzić jednoznacznie. Może jednak warto powiedzieć o szopce, którą zrobiliśmy w kościele. Dlaczego papież zagląda do żłóbka? Wydaje mi się, że pewnie dlatego, iż zawsze interesowało go życie Jezusa. Więc patrzy. A dlaczego od żłóbka do krzyża sięga lina wspinaczkowa? No bo chyba lililililaj i sianeczko, to trochę za mało. Mamy iść w górę. To trudne i męczące, ale przecież jest lina i uprząż i kask i ekspresy. Cały sprzęt wspinaczkowy. Jak ktoś chce, może sobie dorobić całą symbolikę. A jak ktoś nie potrafi, to przynajmniej spojrzy do góry. Patrzymy tak od jakiegoś czasu z małą Alą. Powiedziałem jej, że na księżycu czeka na Boże miłosierdzie Piłat z wiernym psem Bangą. To oczywiście z Mistrza i Małgorzaty. Więc Ala postanowiła się modlić za nich i wspierać ich dobrym słowem dodając jeszcze do towarzystwa pana Twardowskiego. Być może i tacy pomocnicy Boży mają sens. Ludzie przychodzą na warsztaty i mówią: Pan Bóg was postawił na mojej drodze. Na przejściu gwałtownie hamuje samochód. Rower nie ma szans. Auto jest rozpędzone. Zbliża się na milimetry. Nawet nie zareagowałem specjalnie na faceta, który blady ze strachu przepraszał, że o mało mnie nie zabił. Koniec kiedyś nastąpi. Najlepiej wtedy, gdy nie jest się już potrzebnym. A jeżeli wcześniej – to może wyzwolić w innych potrzebę pomagania.
|
|
|
Kolejne podejście do zimowego zdobywania gór pokazało, że nie jest łatwo. W naszym położeniu – duże odległości- wydaje się, że najważniejsza jest logistyka. Staramy się grupować cele, by nie jeździć nadaremno. Tym razem chcieliśmy zaliczyć Bieszczady, a po drodze Łysicę w Górach Świętokrzyskich. Wybraliśmy nocleg w Gorlicach, aby nie było za daleko za jednym razem, a równocześnie w miarę blisko na kolejny wypad . Blisko czyli około 200 kilometrów. Z Łysicą poszło bez problemów. Prawie same dziewczyny, na dodatek niezbyt zaprawione w bojach turystycznych , poradziły sobie. Plusem był śnieg. Obawialiśmy się oblodzonych kamieni, które potrafią skutecznie zniechęcić do chodzenia. Faktem jest, że kolejny zimowy szczyt mamy za sobą, a na dodatek poszerzamy gamę zdobywców. Problem przyszedł następnego dnia. Śnieg. Przejazd na skróty w stronę Ustrzyk Górnych przez Wetlinę nie był najlepszym pomysłem. To była chyba najbardziej ekstremalna jazda w dotychczasowym doświadczeniu. Praktycznie byliśmy jedynym samochodem, który w tym dniu dotarł do Ustrzyk. Inne rezygnowały. Przy drodze krowy i konie na śniegu. Z długą sierścią. Z znak – zwolnij, niedźwiedź. W samych Ustrzykach droga na Wołosate. I tu praktycznie koniec przygody. Pogranicznicy mówią, że nie ma sensu. Trzeci stopień lawinowy, ale na dodatek ciągle pada i nikt nie chodzi. Nawet oni. Jak chcecie możecie spróbować, ale tylko kawałek . To brzmi prawie jak rozkaz. To próbujemy w okrojonym składzie. Śnieg po kolana, ale tylko w obrębie wcześniej wydeptanej ścieżki. Trochę w bok i wpada się po pas. Można sobie tylko wyobrazić co jest wyżej, tam, gdzie nawiało. Sam na pewno bym zrobił tę górę i w tych warunkach, ale przecież nie o to chodzi. Trochę szkoda czasu, ale jest też nauka. Następnym razem trzeba jechać do Ustrzyk Dolnych. Trasa łatwa, droga prosta. Poczekać na ustabilizowanie się warunków śniegowych. Po twardym śniegu wejdzie każdy. I noclegi. Koniecznie z własną kuchnią. Tylko wtedy czegoś nauczymy naszych niepełnosprawnych. Jak sam sobie nie zrobisz i nie zjesz, to będziesz głodny. Inaczej ciągle myślisz o tym, że ktoś ma ci posługiwać. W tle rozmowy o wyjazdach zagranicznych. Pensjonaty, ciepłe kraje. Pięknie. Co pięknie? Wszystko. Plan życia ograniczony do tego kiedy do kogo zadzwonię, z kim się spotkam, co będzie na obiad. I pytania: jak się czujesz, dbaj o siebie. Odpocznij. Świat budowany przez tych, którzy przy okazji chcą skorzystać i robić wszystko, by niepełnosprawni nie wybili się na samodzielność . Bo to przecież kłopot.
|
|
|
Każda próba odejścia ze świata jest dramatem. Prokurator wojskowy, który postrzelił się w Poznaniu wywołał falę dyskusji. Nie wiem, czy dobrze zauważyłem, ale moment przerwy w konferencji zarejestrowanej przez włączoną kamerę pokazał powracających po zamachu dziennikarzy. I wyścig po leżące w kącie kamery. Żeby pokazać co się stało. Mieć dobre ujęcie. To jest chyba sedno sprawy. Od długiego czasu dziennikarze starają się przekonać wszystkich, że zasługują na specjalne traktowanie , w tym na bezkarność, ponieważ działają w imię wyższego interesu społecznego. Ten interes to informowanie. Bez patrzenia na okoliczności, na koszty społeczne, na niszczenie twarzy i dobrego imienia. Można opluć, bo ktoś przecież za to zapłacił, aby ktoś z kolei kupił. Dziennikarze otaczają się nimbem profesjonalizmu. Zdobywają informacje. Tak mówią. A to zdobywanie jest po prostu korzystaniem z nielegalnych donosów i przecieków w imię interesów mafijnych czy politycznych. A głupi lud to kupi. Wierząc, że kupuje od mądrych. Nie jest ważne, czy pistolet mógł się znaleźć na sali. Ważna jest kompletna degrengolada naszego życia publicznego.
|
|
|
Przeczytałem wypowiedź – a raczej zapis wypowiedzi jakiegoś pisarza. Pisarze zabierają ludziom coś z ich świata. Wkradając się w ich myśli, poglądy, przekonania, opowieści. Można powiedzieć, że pisanie to otwieranie oczu i słuchanie. Ale także otwieranie siebie dla innych. Pozwolenie na oglądanie świata swoimi oczami. Bo przecież nawet fotografia jest zapisem mojego widzenia świata. W pociągu słucham rozmowy dwóch mężczyzn. Godzinę zajmuje im sprawa śmietnika na posesji. Ktoś ukradł kubeł. Dlaczego? Czy był zabezpieczony? Może kamery? Na pewno zabrali na działki. Ludzie w ten sposób robią kompost. Potem chwila sensacyjnej opowieści, jak w Złotych Tarasach do jednego podeszła jakaś dziewczyna i zagadała. Niby nic – a jednak podpowiedź drugiego: tylko nie mów o tym żonie, bo cię więcej nie puści na szkolenie. Więc byli na szkoleniu. A ta żona między innymi zajmuje się administrowaniem otoczenia budynków. Bo to, że zginął śmietnik, bardzo ją obeszło. Rozmawiała o tym z mężem przez telefon. Szkolenie dotyczyło kompetencji społecznych. Jeden z mężczyzn – szef, dyrektor – bardzo był zadowolony, że wprowadzane są takie zasady etykiety dla urzędników. Bo pracowali w jakimś dość ważnym urzędzie w Szczecinie. Ze szkolenia dowiedział się, że popełniają w pracy błąd wyciągając rękę na powitanie do kobiet. I obaj doszli do wniosku, że etykieta powinna być wszędzie. Bo wtedy nie ma problemów. Opowieść o balu wojskowym. Dowódca wita wszystkich przychodzących. Tak sobie przypomniałem, że bez etykiety robił to Jan Machulski w swoim teatrze. Na balu są przygotowani dyżurni. Patrzą, gdy któryś z oficerów poczuje się słabo. Zbierają z parkietu i kładą w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu. Tak uporządkowany świat wydaje się ładniejszy. Tyle mogłem wysnuć z wysłuchiwanej rozmowy. Bo rzeczywiście bez uporządkowania można zejść na manowce. Wracasz od znajomych czy rodziny i słyszysz potem w telefonie lub czytasz sms: dziękujemy za wizytę, pamiętajcie o nas. Bez etykiety pierwsze co może przyjść do głowy: na pewno nie zapomnimy, jeszcze ciągle się nam odbija.
|
|
|
Wejście na Rysy zimą to zupełnie co innego. Niby oczywiste. A jednak, dopóki człowiek nie przekona się na własnej skórze, to nie uwierzy. Wszystko zależy także od warunków. Bo zima zimie nierówna. Nasze wejście było trudne. Na dole śniegu brak i lód. Wiatr. Przyjechaliśmy wieczorem na Palenicę. 13 grudnia. Ciemno. Tylko kilka samochodów. Trudne do wyobrażenia dla tych, którzy mają w oczach letnie korki ciągnące się kilometrami. Wędrówka w górę ma posmak przygody. W świetle czołówek, w lesie, w samotności. Wydaje się, że pomysł nocnego chodzenia po górach wcale nie jest taki nie do zrealizowania. W schronisku grupka wspinaczy po zejściu. Porządkują sprzęt. I z dużym powątpiewaniem patrzą na nasze deklaracje o jutrzejszych planach wejścia na Rysy. Niedawno sypało. Teraz ogromnie wieje, na dodatek mróz odpuścił. Średni stopień zagrożenia lawinowego nie nastraja optymistycznie. Człowiek ma przed oczami licealistów z Wrocławia, którzy przygodę swego życia właśnie zakończyli pod śniegiem. Można mówić – będziemy uważać, ale praktycznie to nie ma większego znaczenia. Lawina pojawia się nagle i nie ma czasu na reakcję. Wieczorem w schronisku jesteśmy sami. Rocznica stanu wojennego. Tak myślę, że wtedy też tak musiało być pusto. Możemy do woli pooglądać wyposażenie, zdjęcia, zakamarki. To wszystko o czym w codziennym tłoku nawet pomarzyć nie można. Śpimy w schronisku. Dla chłopaków, którzy są ze mną – to pierwsze takie doświadczenie. Dla mnie – powrót do dalekiej przeszłości. W pokoju rytuał przepakowywania. Trzeba zabrać ze sobą to, co najpotrzebniejsze. Dla mnie to nadzieja, że jednak pójdziemy, bo Paweł wcale się do tego nie pali. Widok z okien niesamowity. Mnich jak na wyciągnięcie ręki. Tylko przejść przez zamarznięty staw. Wieje coraz mocniej. Mimo to udaje się spać. Rano o 6 zupełnie ciemno. Tylko herbata i wciśnięta na siłę kanapka. Pierwsze trudności już przy zejściu ze schroniska. Schody kompletnie oblodzone i głupio by było tak szybko skończyć. Dojście nad Czarny Staw. Tutaj zakładamy raki i bierzemy czekany. Śniegu coraz więcej. Dochodzimy do pierwszych szerokich pól. I wygląda na to, że to koniec wyprawy. Śnieg głęboki, po kolana i więcej. Nawiany. Nie ma mrozu. To w każdej chwili może polecieć – słyszę. Próbujemy bliżej skał. Tak jeszcze gorzej. Schodzimy trochę w dół i szukamy z prawej strony. Doskonale zdaję sobie sprawę, że pomysł zabierania na wejście chłopaków byłby zupełnie chory. Dobrze, że zostali w schronisku. Zakładamy uprzęże, przewiązujemy się liną. Paweł idzie do przodu i zakłada prowizoryczne stanowisko. I potem będzie tak cały czas. Trawersy, podejście, ściąganie liny. Normalnie na Rysy wchodzi się dosyć ciężko, bo na krótkim odcinku jest duże przewyższenie - ponad tysiąc metrów. Ale szlak idzie zakosami, po zboczach. A teraz idziemy całkiem prosto do góry. Bardzo stromo. Nawet nie zdaję sobie sprawy. Widać to, gdy się zatrzymujemy. Gdy człowiek patrzy w dół widzi przepaść. Nie za bardzo wyobrażam sobie schodzenie przodem. Każdy krok to walka ze śniegiem i zmęczeniem. I strachem, który przecież jest w podświadomości – co będzie jak pójdzie lawina. Mamy na sobie detektory lawinowe, ale tak sobie myślę, że to najwyżej pozwoli szybciej odnaleźć nasze ciała. Wiem, że śmigłowiec akurat jest w remoncie, więc szybkie zorganizowanie akcji ratunkowej nie jest mocno prawdopodobne. Stopniowo wpadamy w rytm wejścia. Kilkanaście kroków do góry i chwila oddechu. Jest ciężko, bo każdy krok to wpadająca głęboko w śnieg noga. I ciągle nie ma pewności czy na się uda. Człowiek zdaje sobie sprawę, że w niewielkiej mierze to od niego zależy. Ostatni odcinek w żlebie, samej rysie. Tutaj śnieg jest zmrożony, pojawia się lód. I jeszcze bardziej stromo. Praktycznie trzeba się wbijać rakami i czekanem. A i tak zdarzają się uślizgi. Z tym, że nie zwraca się już na to uwagi. Tu podobno w wąskiej rysie jest bezpieczniej. Bo raczej lawina nie zejdzie. Wychodzimy na grzbiet. Pojawia się panorama Tatr Słowackich. Ale zaczyna też wiać z ogromną siłą. Ostatni odcinek zgodny już ze szlakiem. Temperatura spada, co czuć po klejących się do skał taśmach i rękawicach. Na szczycie nie ma radości. Trochę dumy, że jednak się udało, ale większa niepewność – jak wrócimy. To dopiero połowa zadania. A jak mówią liczne wypadki – zejście jest bardziej niebezpieczne. Na górze pojawia się chłód. W butach czuję jak przelewa się woda. Mam świadomość, że dojście do schroniska to jeszcze kilka godzin. Schodzimy najpierw tyłem. Specjalnie nic pod sobą się nie widzi, tylko ściana. Nogi stawiam bardziej na wyczucie. Pomaga czekan. Potem w głębszym śniegu odwracamy się w stronę przepaści i idzie wszystko dosyć szybko. Chyba nawet zapominam o lawinach. Chociaż przy zejściu śnieg usuwa się spod nóg i w dół lecą kule i płaty. Lina strasznie ciąży. Jest sztywna od mrozu. Marzę o tym żeby się jej pozbyć. Czekam już tylko, żeby ten koszmarny śnieg się skończył. Boli wszystko. Wysiadają nerki. W palcach ręki nagle pojawia się piekący ból. Potem dowiaduję się, że to efekt powracającego krążenia w przemarzniętych dłoniach. Palce w stopach są drętwe jeszcze przez kilka dni. Pawłowi krew leci z nosa, a ja myślę o tym, że jeszcze trzeba będzie iść 10 kilometrów od schroniska do samochodu. Dojście do schroniska zaciera wszystko. Jest czas na radość i gratulacje. Udało się. W naprawdę ciężkich warunkach. Gdyby był mróz i twardy śnieg – byłoby całkiem przyjemnie. Ale nie byłoby też satysfakcji – z pokonania przede wszystkim siebie, a nie góry. Do zamknięcia zimowej korony pozostało tylko 7 szczytów. Zrobimy to tej zimy. A może na wiosnę po twardym śniegu zabierzemy któregoś z chłopaków na Rysy.
|
|
|
My raczej chcielibyśmy się zajmować innymi sprawami. Pracujemy przecież w instytucie ekonomii. Usłyszałem od młodych ludzi, pewnie potencjalnych lub aktualnych naukowców, gdy zaproponowałem im udział w tworzeniu innowacyjnego projektu na rzecz aktywizacji osób niepełnosprawnych. Niepełnosprawni? To może raczej dla wydziału pedagogiki. Próbowałem wejść na ziemię, która powinna być bardziej znana i swojska. Mówię: oglądałem ostatnio po raz kolejny ”Piękny umysł”. Na twarzach moich rozmówców zero reakcji. To ekonomista, profesor, chory psychicznie – brnę dalej. I dalej nic. Dostał Nobla. Z ekonomii. Ale widzę, że nie działa. Rozumiem, że nie każdy musi wszystko wiedzieć nawet ze swojej dziedziny. Świat tak szybko się zmienia. Może oni przygotowują się do Nobla nie za teorię gier czy dynamicznej dyfuzji. Jednak pozostaję w przekonaniu, że pewien poziom wspólnego rozumienia świata opartego na kulturze nieco się przydaje. Dowiedziałem się też, że klub, w którym grają największe gwiazdy polskiej piłki, czyli Lewandowski i Błaszczykowski zajął ostatnie miejsce w dosyć przeciętnej grupie Ligi Mistrzów. Pytanie – czy to naprawdę gwiazdy, czy może tylko gwiazdy na miarę naszych potrzeb i możliwości. Tak jak Miś.
|
|
|
Nic na razie nie wyszło z rozwijania twórczości niepełnosprawnych, ale pewnie do tego warto wrócić. Pomysły pojawiają się przez różnorodne kontakty w różnych środowiskach. Widać czasem, że ludzie próbują pisać, coś wyrażać. Słowa są naprawdę ważne. Właśnie dowiedziałem się, że wydano ilustrowany słownik gwary góralskiej dla ceprów. Recenzentka zachęcając do kupna zwróciła uwagę na nazwy związane z płcią. Podając za przykład „piśkorek”. I tak do mnie doszło, że rzeczywiście bogactwo języka jest niezmierzone. Bo dla mnie - dziecka wychowanego na Podhalu, słowo to było nieznane. Owszem – mówiło się: pisiorek. I tak sobie myślę, że jest to kwestia pewnej kultury. Dziecku mówiło się, że ma pisiorka, którym siusia. O innych sprawach się nie dyskutowało. Nie ten czas. Okazuje się, że mądrość ludowa znalazła określenie także na inną czynność wykonywaną za pomocą opisywanego organu. No bo przecież służy on nie tylko do sikania. I wtedy nazywa się piśkorek. Można popuścić wodze wyobraźni. Nazwa kojarzy się oczywiście z korkiem. No więc można myśleć o odkorkowywaniu i zakorkowywaniu. Wydaje się, że byłoby to zbytnie uproszczenie. Jeżeli coś odkorkowujemy, to po to, by posmakować czegoś , napić się. To, co odkorkowujemy, jest nam potrzebne, lubimy to, jest nasze. Ale jednak zdarza się, że odkorkowujemy po to, by kogoś poczęstować. Tu już pojawiają się wątpliwości, chociaż można przecież przywołać tradycyjną góralską gościnność. Jak coś odkorkujemy, to się coś zmienia. Nie jest już takie same. Może ubyć, ale przecież bez przesady – można również dolać – co prawda po wyciągnięciu korka. A jak wkładamy korek z powrotem – chodzi oczywiście w pierwszym rzędzie o zabezpieczenie, żeby nic przypadkowego się nie dostało. Jak coś zakorkowane – to bezpieczne. Żadne gadania czy spojrzenia tu nie zaszkodzą. Piśkorek opisuje nam relacje międzyludzkie. Posiadanie, dawanie, dzielenie się, ochranianie.
|
|
|
Akcje. Charytatywne, dobroczynne. Pomagamy. Zbieramy nakrętki bo trzeba pomóc chłopcu. Skoczył na główkę do wody i uszkodził kręgosłup. Chłopak młody więc może nie wiedział, że to grozi śmiercią lub kalectwem. Ale jego rodzice? Więc zamiast zbierać nakrętki – może lepiej sensownie wychowywać. Czytam raport o polskiej szkole. Wypadamy coraz lepiej w rankingach europejskich, ale to złudna radość. Rankingi patrzą na opanowanie technicznych, podstawowych umiejętności. Rozwiązywanie testów, pisanie i czytanie. Na wiedzę podstawową, która w zmieniającym się szybko świecie tak naprawdę się nie liczy. Pedagodzy produkowani masowo przez zarabiające na tym uczelnie nie są przygotowani do myślenia. Bezpieczniejszy dla nich jest schemat, bo z niego są rozliczani. I tego schematu uczą uczniów. A uczniowie uczą się schematycznych i konformistycznych zachowań. Ćwiczą testy i odpowiadają na te same pytania. Zderzenie z życiem musi być rozczarowaniem. Tak jak ze ścianą wody w nieznanym miejscu. Specjaliści od manipulacji pompują balon. Raz dobroczynności, raz patriotyzmu. Dołącz do akcji, pokaż jaki jesteś dobry. I wykorzystujemy szansę poprawienia własnej kondycji moralnej i uspokojenia sumienia. Jestem pod wrażeniem badań na temat miejsca żużla w społeczności gorzowskiej. Jakieś lokalne media zapytały lokalnych mieszkańców czy żużel i gran prix nam coś dają. Odpowiedź była oczywista. Dają. I to dużo. Efekt wmawiania nam, że Gorzów jest znany w Polsce z żużla. Znany jest z tego w Gorzowie – i owszem. W Polsce - nie jest znany nawet z miejsca na mapie. A żużel przestaje być dyscypliną mającą większe znaczenie nawet w sportowym świecie. Można oczywiście specjalizować się w niszowych rozgrywkach, ale nie kosztem możliwości rozwoju miasta. Można zaspakajać potrzeby mieszkańców nawet poprzez organizowanie imprez żużlowych. Ale przy zachowaniu proporcji. Bez pompowania tego wszystkiego lokalnym patriotyzmem i jakimiś korzyściami dla rozwoju miasta. Wiadomo, że za każdym działaniem jest jakiś interes, jakaś grupa korzyści. Analiza transakcyjna. Patrzę na naszych siatkarzy i entuzjazm dziennikarzy. Bo awansowali na Olimpiadę. Patrzę równocześnie na puste trybuny w Japonii. A przecież to obok Polski ostatni już chyba kraj na świecie, który potrafi gromadzić publiczność. Jesteśmy dobrzy w coraz bardziej tracącej na popularności dyscyplinie. Robienie z tego sukcesu na miarę zbawienia świata jest nieporozumieniem. Są znowu grupy dziennikarzy i działaczy, którym na tym zależy. Bo będzie kręcił się biznes. To jest normalne, ale po prostu warto o tym wiedzieć. Nie ma darmowej zupy. Ktoś za nią musi zapłacić. I po prostu nie warto dać się wkręcać.
|
|
|
Konferencja goni konferencję. I trudno się dziwić, że chętnych brak. System ma prowadzić do upowszechniania. Takie jest przekonanie, że warto mówić o swoich doświadczeniach i zachęcać do korzystania i naśladowania. Jasne, że w takich sprawach jak np. wędkowanie czy jazda na koniu w odpowiedniej pozycji warto się wymieniać uwagami. Nieco mniej jestem jednak przekonany do naśladownictwa sposobów pracy z ludźmi. A już na pewno nie poprzez konferencje i spotkania. Dzielenie się wiedzą jest piękne, ale musi być podane w sposób odpowiadający nauce i człowiekowi. Ze zdziwieniem patrzę na administracyjne sieci oplatające naszą rzeczywistość. Urzędnicy nie rozumieją, ale przynajmniej chcą mieć wpływ na rozumienie przez innych. Proszę wytłumaczyć jaki sens ma procedura rekrutacji do środowiskowego domu samopomocy. Od człowieka, który ma trudności z funkcjonowaniem społecznym i któremu trzeba pomóc odnaleźć wiarę w siebie i bycie z ludźmi wymaga się najpierw wypełnienia papierów, odbycia rozmów, zebrania zaświadczeń , wizyt u lekarzy. Nie wystarczy u jednego. Trzeba u kilku , co najmniej dwóch, w tym rodzinnego. Przecież wiadomo, że dla większości ludzi to obciążenie i dodatkowy stres. Działa model – najpierw ci dowalimy, a potem cię uratujemy. Model musi działać w ten sposób, bo inaczej nie byłoby uzasadnienia istnienia urzędniczej oprawy. W międzyczasie klient sto razy się zniechęci i rozmyśli. I można będzie ponarzekać. Nie niesłowność, roszczeniowość i nieprzystosowanie. Takim nieprzystosowanym człowiekiem okazałem się kiedy chciałem się zaszczepić przeciw grypie. Na ogół tego nie robię, ale naukowcy i lekarze zachęcają. Poszedłem w kilka miejsc łącznie z Sanepidem i przychodniami. Chciałem zapłacić , byle by nie tracić czasu. Niemożliwe. Najpierw trzeba do lekarza rodzinnego. A ja nawet nie wiem czy takiego posiadam. Jestem nieprzystosowany społecznie. Do ŚDS –u na pewno bym się nie dostał. Podobnie jak na VIP- owskie miejsca na walkę bokserską w warszawskim Hiltonie. Kosztują po 1200 zł i wszystkie sprzedane. Nie dosyć, że nieprzystosowany to jeszcze nie VIP. Swoją drogą słabo z tą naszą klasą celebrytów, że muszą się ścigać o miejsca na takich widowiskach jak walka Cygana lub Pudziana. Ale jakie igrzyska taka widownia. Lub może odwrotnie. W każdym razie w Hiltonie byłem. Nie na walce . I też nic nadzwyczajnego. Podobnie jak u Magdy Gessler. Sos grzybowy był tak ciężki, że wyszedł mi bokiem. Ale kto uratuje Magdę skoro tylko ona ratować potrafi?
|
|
|
Telefon. Telewizja robi program na temat trudności z zatrudnianiem i uzyskaniem pracy przez niepełnosprawnych. Niech pan przyjdzie. Pan nie przyjdzie, bo po co? Nie chodzi o to, że sytuacja jest beznadziejna, raczej o beznadziejny poziom myślenia dziennikarzy. Ponarzekać, pozachęcać, uderzyć w emocje, załatwić coś dla osoby najbardziej pasującej do rysowanych misyjnych klimatów. A co z resztą? Milczenie. Przekaz medialny kształtuje nasze myślenie. Odpowiedzialność za ten przekaz jest więc ogromna. Ale jak tu mówić o odpowiedzialności w stadnym modelu myślenia. Obrazek niepełnosprawnej kobiety, która cieszy się, że ma dziecko. Mama bez rąk. Ale widzimy, że przecież jest taka jak inni. Też może mieć dziecko. Może nawet lepsza niż inni – bo nie wszyscy przecież chcą mieć dzieci. Czas na wyrzut sumienia. Jednak zanim uderzenie w piersi, może chwila zastanowienia. Kobieta chce mieć dziecko. Wydaje mi się, że tu nie chodzi o dziecko, lecz o kobietę. Ja chcę, to mam. Okraszone to wszystko oczywiście ckliwym i bohaterskim komentarzem – udało jej się, można, nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko chcieć. Dziecko, które przyszło na świat, jest zapewne spełnieniem pragnienia matki. Czy jednak danie mu życia jest dla niego samego dobrem? Czy ktoś o tym myśli? Pewnie, że każde życie ma wartość, ale jakość życia jednak się różni. Czy dziecko będzie szczęśliwe? Na pewno, przecież miłość wszystko potrafi. Bzdura. Nikt o tym nie myśli. Jest tylko myślenie o tym, że mi się coś od życia należy. Na przykład dziecko. W stylu Polaków wyjeżdżających do Anglii, by tam mieć dzieci i brać zasiłki. Pomysłowość i przedsiębiorczość – prawda? Dziecko traktowane w kategorii zapewniania sobie dochodów. Może przesada, ale jednak dla mnie czysta przedmiotowość. Taki sam model jest z pracą. Należy mi się. Trzeba to nam umożliwić. Chcę mieć pracę. Niepełnosprawność za pracę. Ale czy praca, pracodawca, rynek chce mieć ciebie? Kim jesteś, co potrafisz, co możesz dać, jaką wartością obdarzyć? Może zbyt filozoficzne? Wydaje się jednak, że bez takich zasadniczych podstaw nie ruszymy z miejsca. Dla mnie nie jest obrazą to, że ktoś komu daję chleb, rzuca we mnie kamieniem. Jest to nawet dla mnie normalne. Oczywiście nie chcę mieć z takimi ludźmi do czynienia, ale nie obrażam się. Nie do przejścia jest jednak sytuacja, gdy ktoś mając pracować z ludźmi lekceważy ich i gardzi nimi, nie dając im siebie, czasu, nie dbając o lepszą jakość kontaktów poprzez swój rozwój. To jest przedmiotowe traktowanie ludzi. I jednoznaczny powód do rozstania. Dostajemy zaproszenie na szkolenia dla WTZ. Najważniejsza zachęta – PFRON dopłaca , będzie super luksus i Spa. W zasadzie chętnie bym pojechał do Spa, bo nigdy nie byłem i nie ma mnie kto zabrać, ale czy do tego koniecznie trzeba dodawać szkolenie? Czytam amerykańskiego socjologa, który mówi, że człowiekowi dzisiaj brakuje kropli samotności. Przestrzeni do pomyślenia o sobie. Oderwanie się od papki medialnej i nadążającej za modą. Jeżeli nie potrafisz być sam ze sobą myśląc o sobie, to na nic się nie przydasz innym.
|
|
|
Święto. Więc wkoło pusto i ponuro. W Gorzowie nawet żadna zadyma się nie szykuje. W pomieszczeniach warsztatowych pojawia się człowiek. Nagle. Ubrany na czarno. Odczuwam jakby uderzenie złej energii. Co pan tu robi- pytam. Przyszedłem po pomoc. Wyciąga rękę w geście przywitania, ja odruchowo też, ale nie dochodzi do kontaktu. Robi jakiś dziwny gest. I ręce się mijają. Skąd się pan tu wziął ? Przechodziłem. Czy można przechodzić tak sobie przez teren szpitala, po tych rozkopach i jeszcze trafić do naszych podziemi? A jakiej pomocy pan szuka? Potrzebny mi jest bilet MZK. Jeden. Za godzinę mogę oddać. Mamy bilety, więc mu daję. Wychodzi. Patrzę przez okno w którą stronę poszedł. Nikogo nie widać. To nie był efekt mojej wyobraźni, bo bilety dałem. Czy postać z zaświatów mogła sprawdzić gotowość do pomagania człowiekowi w potrzebie?
Myślimy już o Andrzejkach i wspólnym balu z mieszkańcami lokali socjalnych. Zabawa może być wstępem do dalszych działań. Może dla dzieci z tych mieszkań urządzimy Mikołajki? Kiedy przeglądamy zdjęcia z naszej galerii, widać, że świat jest dostępny. Tylko trzeba w niego wejść po to by iść, a nie siedzieć nad brzegiem morza. Coraz bardziej rozumiem, że obecność człowieka przy mnie to jest wyzwanie, abym zaprosił lub umożliwi mu podróż przez życie.
|
|
| << Start < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna > Ostatnia >>
| | Wyniki 1 - 11 z 591 |
|
|
|